środa, 6 listopada 2013

Podsumowanie- zdjęcia, filmiki, narzekanie :)

minął rok odkąd przeprowadziliśmy się z Hippisem do Gdyni. postanowiłam więc podsumować co nie co i... wyszło mi, że tak jak rok temu byłam w czarnej D. tak i teraz jestem w czarnej D. :) niewiele się więc zmieniło! nie ma jednak co narzekać... zawsze mogło być jeszcze gorzej:)

ale żeby nie zrzędzić od początku to w sierpniu wystartowaliśmy z Hippisem we frizbiałkowych zawodach w Sopocie- toss&fetch. Co prawda ni jak nie trenowaliśmy, to nie nasze klimaty, ale było blisko, ja miałam wolną sobotę więc... noo nic lepszego do roboty nie miałam po prostu. wynik o ile dobrze pamiętam był taki, że na 42 teamy zdobyliśmy zacne 19 miejsce. było by nieco lepiej gdyby nie mój ostatni rzut przy, którym stanęłam na linię.
wyglądało to mniej więcej tak...


tak wiem, rzucam przeokropnie... nie dam rady wytłumaczyć się nawet tym, że padało ;)

poza tym małym epizodem zawodów jeszcze nie zaliczamy. obi chwilowo leży i kwiczy ze względu na wałkowanie jednego... CHODZENIA PRZY NODZE. no pięta achillesowa, ni jak nie mogę ruszyć z kopyta z tym. powolutku, po kroczku owszem, ale jeszcze długa droga. flyball idzie nieco lepiej pomijając fakt, że praca i szkoła troszkę utrudniają docieranie na treningi, ale robię co mogę. opierdziel od trenera dostałam to się zmotywowałam... i wygląda to na razie tak:




przydarzyło mi się również przekimanie u siebie Alicji Zmysłowskiej z jej czterema koleżankami, albo trzema... tyle ich było, że ciężko zliczyć:P dzięki temu Hippo załapał się na kilka Zmysło-foteczek:



można by rzec, że właściwie nie jest źle. relaksujemy się, pracujemy, uczymy, poznajemy nowych ludzi... próbujemy się rozwijać w miarę naszych możliwości i mojego lenia. co będzie za kolejny rok... dowiecie się w następnym odcinku ;)

czwartek, 20 czerwca 2013

Książki!

u mnie dziś psięco, ale troszkę inaczej. jak wiadomo przeprowadziłam się jakiś czas temu, niestety ilość książek jaką posiadam przyprawia mnie o ból głowy gdy pomyślę o zmianie miejsca zamieszkania które na pewno nie raz jeszcze nastąpi. postanowiłam więc puścić dalej część z nich. padło na książki, które już przeczytałam, zrobiłam notatki i wiem, że do całości już nie wrócę bo wszystko co dla mnie wartościowe w tych książkach mam już spisane w specjalnym zeszycie przeznaczonym do tego:)

w związku z tym przedstawiam wam wszystkie książki, które mam do sprzedania (wszystkie sprawdziłam wcześniej na allegro- ustalam niższe ceny niż tam za używaną książkę)

JAN FENNELL, "Zapomniany język psów"
Świetna książka. Byłam nią zachwycona. Niekoniecznie trzeba się zgadzać ze wszystkim co w niej jest napisane, ale każdy kto interesuje się budowaniem fajnych relacji z psem, rozwiązywaniem problemów i współpracą na bazie innych niż tradycyjne- awersyjne metody powinien ją przeczytać. Książka nie jest czysto teoretyczna, zawiera również opowieści o psach autorki, które niekiedy mocno wzruszają. Polecam!!!
Stan bardzo dobry, oprawa twarda.
Cena: 17zł + przesyłka.



JACEK GAŁUSZKA "Aria, do mnie!"
Tego Pana nie muszę chyba przedstawiać. Według mnie najlepiej spisane najlepsze metody nauczenia psa przywołania. Są w niej metody świetnie sprawdzające się przy szczeniaku jak i psie z problemem z przywołaniem. Polecam wszystkim posiadającym lub planującym szczeniaka, bądź mającym psa z problemami na tym tle.
Cena: 10zł + przesyłka

BOGUSŁAW GÓRNY "Nowoczesne szkolenie psów tropiących"
Chyba najlepsza książka na rynku polskim opisująca od podstaw tropienia do zaawansowanych przebiegów pracę z psem. Szczegółowo opisuje ćwiczenia podpierając słowa rysunkami i pięknymi zdjęciami. Książka dla każdego kto chce na własną rękę sprawdzić jak działa nos jego psa, bawić się w tropienie znajomych bądź szukanie skarpetek ukrytych w zaroślach. Bardzo polecam wszystkim zainteresowanym tematyką pracy węchowej.

Stan bardzo dobry, oprawa miękka.
Cena: 18zł + przesyłka



dziś zostawię was z tymi książkami. wszystkie naprawdę serdecznie polecam, są warte uwagi.posiadam jeszcze do sprzedania książkę o podstawach posłuszeństwa dla osób które dopiero planują psa bądź posiadają pierwszego szczeniaka, oraz książkę 101 sztuczek, która daje inspirację do uczenia co raz to nowych rzeczy.
chętnych zapraszam do pisania tu: palina-arisa@tlen.pl, bądź w komentarzach.

MIŁEGO DNIA! :)

niedziela, 26 maja 2013

Ruszamy poooowoli.

żeby nie było, że nie żyjemy i nic nie robimy to oznajmiam, że byliśmy ostatnio na treningu u SpecjalNYCH flyballowych. pomyślałam, że skoro ja wymagam od Hippisa czegoś tak nudnego jak Obi, które wymaga niekiedy wałkowania jednej rzeczy, która nie daj boże jest jeszcze statyczna- no tragedia dla energicznego psa;)- to będziemy robili też coś co będzie dla niego:) padło na flyball. powód dla którego wybrałam właśnie ten sport jest prosty, pies biega, skacze i aportuje piłę, a dodatkowo chyba ciężko w nim o presję skierowaną na psa w przeciwieństwie do obi- raj dla Hippa:)

po pierwszym treningu śmiało mogę stwierdzić, że psu jak i mi przypadł do gustu klimat i forma treningów i z pewnością staniemy się stałymi bywalcami:)

kilka zdjęć:






link do fanpejdża SPECJALNYCH


z innych, poza treningowych wieści- choć poniekąd ściśle z treningowymi związane- śmiało mogę napisać, że problem z zapaleniem kości znikł. pozostała niewielka zmiana, która z pewnością się zregeneruje. masę mięśniową ładnie odbudowaliśmy dzięki ćwiczeniom na piłce i choć w chorej łapce nie jest jeszcze tak jak w zdrowej to niewiele brakuje:) jest to niewątpliwie radosna nowina:)

czwartek, 25 kwietnia 2013

Goście.

przedwczoraj dołączyła do nas na tydzień labradorka Roxy.



byłam ciekawa jak zachowa się mój mister romantic blue eyes i... zachował się tak jak się spodziewałam- uznał, że stworzy własną rasę labor collie albo coś takiego. na szczęście gdy zmęczony zalotami chciał iść spać, a jeszcze niepewna swego losu Roxy chodziła zaniepokojona po mieszkaniu zbierając wszystkie skarpety i ciapy do pyska- wszystkie naraz zaznaczam- i poszczekiwała z tym dobytkiem w pysku na ludzi za drzwiami, Hippis uznał, że to nie jest kobieta dla niego. i dobrze.
mimo słabo przespanej nocy- po każdym ruchu Roxy przychodziła z wielką radością do łóżka pochwalić się swoim zbiorem skarpet i ciapów, które nie wiadomo skąd wzięła- i mojej średniej sympatii do niej, wczorajszy spacer po plaży z dwoma psami był o niebo lepszy niż z jednym:) chyba czas pomyśleć o jakiejś koleżance lub koledze dla Hippisa:)

Nawet się towarzystwo na filmik załapało, ale proszę nie zwracać uwagi na moje ironizowanie na temat braku inteligencji Roxy, gdyż było to bardziej skierowane do jej 'właściciela':>

sobota, 20 kwietnia 2013

Czas mija i mija.

sto lat temu ostatni raz tu byłam. niestety nie ma się czym chwalić. mimo, że plany były takie ambitne- przyjechać do Gdyni i trenować, trenować, trenować- życie to zweryfikowało i do tej pory nie dane nam było potrenować bardziej niż w domu rodzinnym. Hippis po ugryzieniu dostał zapalenia kości, które zablokowało nam jakikolwiek ruch na półtora miesiąca. teraz mimo, że już możemy powoli wprowadzać ruch to jest to bardziej w celu rehabilitacji i odbudowy mięśni niż treningu. mimo, że czas bez ruchu nie był aż tak długi to utrata mięśni, szczególnie w chorej łapie, jest bardzo widoczna. z racji tego, że Hippo jest zdecydowanie bardziej zabawkowy niż jedzeniowy ciężko nam było ćwiczyć trudniejsze dla niego rzeczy bez odpowiedniej nagrody, a przez odciążanie łapy nie było sensu ćwiczyć nic co wymaga precyzji i obu, przednich łap na ziemi- czyli nawet obi odpadło.

dziś z łapą jest już dobrze. za parę miesięcy prawdopodobnie nie będzie nawet śladu na kości:) a jedyne co mogę wrzucić do ubarwienia tej nudnej- jak zwykle- notki to króciutki filmik z naszą wariacją na temat sztuczki 'gdzie ogon?':)

niedziela, 20 stycznia 2013

Zima, zima zła.

najwyższa pora coś skrobnąć. jak ostatnia notka głosi- mieszkamy w Gdyni. życie na własną łapę, a w zasadzie 4 łapy i dwie ręce, okazało się trudniejsze niż myślałam, ale dzielnie się trzymamy i walczymy o swoje marzenia, pasje, życie:) Hippis bardzo szybko zaaklimatyzował się w nowym miejscu, ale nic w tym dziwnego, gdyż jako maminsynek nie potrzebuje do szczęścia nic ponad mamusię i gdzie nie pojedziemy tam jest dobrze- byle byśmy byli razem.

do naszych małych sukcesów mogę zaliczyć dużą poprawę w kontaktach z mężczyznami. spokojnie poznajemy nowych ludzi płci męskiej bez choćby jednego oszczeknięcia- z radością:)

tym co się pogorszyło jest irracjonalny lęk przed autobusami/ tramwajami- nie mam pojęcia skąd mu się to wzięło. na szczęście znając swojego psa śmiem twierdzić, że i to minie tak jak się pojawiło- znienacka.

pojawiło się też zaskoczenie. Hippolit wszedł w końcu w okres dojrzewania:) Z opóźnieniem ale jednak. może to kwestia tego, że i łapiszcze do sikania zaczął podnosić baaardzo późno- w zasadzie całkiem niedawno. także na chwilę obecną sukcesywnie tracę cierpliwość w odciąganiu go od lizania 'żółtego śniegu' pozostawionego przez suczki i kastrowane psy. tak, kastrowane psy też:) to jego pierwsze oznaki zainteresowania płcią. wcześniej oprócz szczenięcego gwałcenia maskotki-wieloryba nic nie wskazywało, że odróżnia dziewczynki od chłopców, i że w ogóle go to interesuje.

niestety z braku karty pamięci, która to z niewyjaśnionych przyczyn rozleciała się na części pierwsze, nie mam możliwości robienia zdjęć nad czym ubolewam, ponieważ nad morzem jest wiele miejsc wartych uwiecznienia. za to dzięki małej przerwie w podboju trójmiasta powstało to:


zachęcam do obejrzenia w HD:)

środa, 17 października 2012

Pakowanie!

dziś ostatni raz piszę z domu w woj. lubelskim. jutro o 8 rano zabieramy z Hippisem swoje rzeczy i wyruszamy na podbój trójmiasta! jest i stres i ekscytacja. zobaczymy jak długo tam zabawimy:)

a dziś... ostatni spacer z Karoliną i Luckym.



wtorek, 2 października 2012

Po urodzinowy post.

wczoraj Hippis skończył rok. kto by pomyślał, że już tyle czasu jesteśmy razem...
z tej okazji miała się pojawić urodzinowa sklejka, ale niestety nie udało mi się nic zmontować z racji braku materiałów.

część osób z takiej okazji opisuje dotychczasowe życie z psem, część robi podsumowanie osiągnięć, a ja napiszę, że Hippis to najlepsza rzecz jaka mi się w życiu przytrafiła. niektórzy pytali czy przypadkiem nie zdecydowałam się na psa zbyt pochopnie- bo nie mam pracy więc ciężko będzie go utrzymać, bo mając takiego psa nie mogę sobie pozwolić na każdy wyjazd, każde wyjście z domu na nieokreślony czas- to prawda ciężko go utrzymać, ale daję radę. to prawda, nie mogę sobie pozwolić na wszystkie wyjazdy i wyjścia bez psa, ale jednocześnie jestem chyba jedyną osobą której to zupełnie nie przeszkadza. to dla mnie naturalne i oczywiste, to tak jak posiadanie dziecka- czegoś najważniejszego o co trzeba dbać i poświęcać się dla niego.
bez Hippisa nic nie byłoby takie samo. już nawet nie potrafię sobie wyobrazić jakby to było bez niego...bez tego małego czubka:)



wtorek, 25 września 2012

Prawie rok.

1 października minie dokładnie rok od chwili kiedy Hippis pojawił się na świecie. wyglądał wtedy tak:



pod koniec listopada, kiedy w nocy wróciłam do domu z małą, merlatą kulką wyglądał tak:



maluch zmieniał się w błyskawicznym tempie:

26 grudzień 2011


8 styczeń 2012


8 luty 2012


8 marca 2012 był już całkiem poważnym chłopcem! przynajmniej z wyglądu...:)


13 kwiecień 2012


24 maj 2012 był miesiącem pierwszych spotkań z obiektami pływającymi.


3 czerwca 2012 przebrnęliśmy przez pierwszą dłuższą podróż w obce miejsce z dużą ilością ludzi, dzieci i zwierząt.


29 lipca 2012 po raz drugi sprawdzaliśmy co to znaczy agility i nawet nam się spodobało:)


18-23 sierpień 2012 był zdecydowanie pod znakiem OBI w Annówce.


we wrześniu za to... bezwstydnie leniuchowaliśmy:>


co przyniesie nam październik?

poniedziałek, 17 września 2012

Poobozowe wrażenia.

najwyższa pora napisać coś o obozie OBI z Asią Hewelt w Annówce. obóz rozpoczynał się 18 sierpnia po śniadaniu lecz my, z racji tego, że do Annówki mieliśmy 700km musieliśmy przybyć dzień wcześniej dla własnego komfortu.
podróż minęła... normalnie- czyli zapchany przedział, upał i biedny pies na podłodze między nogami przez 6godzin... zbawieniem była stacja 'poznań główny' na której spotkaliśmy się z widzianą ostatni raz na zajęciach Alteri (jakieś 2lata temu) Dorotą. niestety miałyśmy niespełna 3godzinki na obgadanie zaległości nad czym ubolewam:/ po 17 trzeba było lecieć na kolejny pociąg, tym razem do Wągrowca- tam poznałam Agatę i Fraszkę, oraz Wandę która przyjechała po nas swoim małym samochodem zapchanym klatką, tyczkami, Szachem i Hot Shot'em:) na szczęście same chude doopki z nas więc spokojnie się pomieściliśmy.
na miejscu Annówka niesamowicie mnie zauroczyła... i wcale nie tylko dlatego, że koło domu jest taki super placyk na torek:> psy, ludzie, las i... las:D coś pięknego. nooo... i konie na które o dziwo Hippis nie zwracał uwagi. przy bliższym poznaniu Annówki i annówkowych zwyczajów obozowych okazało się, że można tam też liczyć na przepyszne jedzonko co jest wielkim plusem:)
zamieszkaliśmy z Hippisem w 4'ro osobowym pokoju z Karoliną i Lucky'm, która to została z grafowego obozu na obibokowy oraz Agatą z Fraszką (sheltik) i Marysią z Zulą (hovawart). żeby nie zanudzać nie będę opisywała dnia po dniu, muszę tylko napisać, że obóz tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że moja przeprowadzka z rodzinnej miejscowości do Trójmiasta jest dobrą decyzją, że mój pies potrafi być super:D, że patrzenie na agility nie nakręca go tak jak patrzenie na ćwiczenia OBI (???), że ma rewelacyjny nos i bardzo żałuję, że nasze problemy z ludźmi stawiają nas na przegranej pozycji w kwestii ratownictwa, bo szczerze mówiąc przed kupnem szczeniaka gdzieś w środku, po cichu sobie marzyłam żeby spróbować... że Asia jest nieźle zakręcona, reszta falowej ekipy nie lepsza:P że Marta jest cudowną, ciepłą osobą dzięki której podleczyłam w stopniu zadowalającym ranę nałapną Hippisa...:> że mój pies jest mądrzejszy ode mnie i dzięki temu wygraliśmy poobozowe zawody OBI, mimo tego, że nigdy do tej pory nie robił przywołania z wykończeniem przy nodze na zawodach zrobił to pięknie PIERWSZY RAZ, mimo iż nie mamy komendy na podnoszenie i trzymanie koziołka w pysku bo... nie mamy koziołka więc nie było jak ćwiczyć, zostaliśmy wyróżnieni za najlepsze podjęcie koziołka! i wcale nie dlatego, że reszcie w ogóle nie wyszło:) co prawda zostawanie którego byłam pewna wyzerowaliśmy, ale udało się nadrobić czym innym... jestem naprawdę bardzo dumna z Hippisa.

ten bądź co bądź tydzień uświadomił mi jak ważne jest by mieć w okół siebie ludzi, którzy kochają to co ja. nic tak nie motywuje jak wspólne spotkania, treningi, doradzanie sobie, rozmowy itp. minął miesiąc od obozu a ja widzę jak ciężko jest się zorganizować, zmotywować, nakręcić na wyższe, pozytywne obroty- co u nas jest bardzo ważne, bo jeśli ja nie mam w sobie ful energii to Hippis również jej nie ma- pod tym względem jesteśmy zgrani w 101%, jeśli ja dam z siebie wszystko- on również.

piątek, 3 sierpnia 2012

Fri-agi-jeziorowo.

zacznę od tego, że 29 lipca mieliśmy okazję odwiedzić temperament w celu poćwiczenia swoich umiejętności jako przewodnik na torze agility oraz techniki skoku do frisbee ponieważ Hippis skacze na supermena przez co lądowanie ma straszne... już nawet nie chodzi o estetykę skoku, a o bezpieczeństwo łapek, które narażone są na nie lada obciążenia przy takim lądowaniu jakie prezentuje mój psiak.

w kwestii agility mogę napisać tylko tyle, że mam kumatego psa, ale sama jestem nieogarnięta. przydałby się ktoś do klikania mnie na co dzień;) ważne, że Hipp starał się jak mógł rozszyfrować te moje machnięcia rękami i miał z tego frajdę, a ja powoli i stopniowo będę się uczyła jak panować nad swoim ciałem żeby nie zderzać się z przeszkodami;)
za to przy frisbee próbowaliśmy poprawienia techniki skoku poprzez skoki przez hula-hop. niestety robiąc to solo trudno było mi ocenić, które skoki są ok, a które nie bardzo więc wspólnymi siłami z L. udało mi się ustalić jak dupka pana Hippolita ma wyglądać z mojej perspektywy przy dobrym skoku. jednak pomoc osoby przyglądającej się ćwiczeniu z boku jest nieoceniona. na szczęście w tym sporcie radzę sobie nieco lepiej i w zasadzie byłam zadowolona ze swoich rzutów. dużo jeszcze pracy przede mną, ale nie ma tragedii.






:D


oprócz dnia opisanego powyżej wybraliśmy się na dwa dni nad jezioro. niestety tam, oprócz tych miłych chwil były i te gorsze. dwie osoby usiłowały mi wmówić, że mój pies zrobi więcej bałaganu w wodzie niż ich dzieci, że fakt kąpania się mojego psa w wodzie spowoduje jakieś straszne choroby u ludzi kąpiących się w tym miejscu, jeden pan próbował mi wmówić, że Hippis robiący przyczajkę w wodzie czekając aż mu chlapnę właśnie sika albo co gorsza robi kupę- nie mógł się zdecydować które z tych dwóch- po czym jak zobaczył, że wyszłam w krzaki z psem na siku z oburzeniem rzekł do swego kolegi- 'no i patrz! a teraz może jeszcze znowu do wody wejdzie!' pewna pani natomiast usiłowała mi wmówić, że miejsce w którym kąpałam się z psem jest jej prywatnym terenem co było niemożliwe, zarzuciła mi również, że zostawiam śmieci i sobie nie życzy bym kąpała się z psem- zaznaczam, że w miejscu tym nie było zakazu kąpania psów. nie muszę mówić, że z owego miejsca nie odeszłam dopóki się nim nie nacieszyłam.
niestety pani ta będzie musiała się pogodzić z faktem, iż raz na jakiś czas tam wpadniemy z Hippkiem ponieważ jest to najlepsze miejsce do kąpieli z psem przy tym jeziorze. a żeby tego było mało, gdy zdecydowałam, że po raz kolejny pójdę z psem do wody, wybrałam miejsce gdzie ludzi ani domków nie ma w ogóle, żeby po raz trzeci się nie wykłócać i... Hippis wchodząc do wody staną na tulipanek z butelki... rana choć głęboka nie nadaje się do szycia, więc mamy co najmniej tydzień z głowy bieganie... to była dla mnie lekcja, że nie warto jest robić dobrze ludziom wokół. trzeba robić dobrze sobie. gdybym poszła w pewne miejsce nie stało by się to. druga sprawa... ludzie mają czelność wymyślać mi, że pies muli wodę- a dzieci, albo ja nie?- że zanieczyszcza wodę- a ludzie sikający do niej, plujący, być może nie raz po imprezach w środku nocy rzygający, WRZUCAJĄCY SZKŁO I ŚMIECI, NIE ZANIECZYSZCZAJĄ JEJ BARDZIEJ?! naprawdę, bardzo bym chciała, żeby wszyscy ludzie zanieczyszczali wodę tylko tak jak robi to mój pies- o ile można mówić o jakimś zanieczyszczaniu... to dziwne, że gdy pies wchodzi do wody słychać ogólne oburzenie, gdy dziecko sika do wody, bądź na plażę... już nie...

musiałam to z siebie wyrzucić bo zniesmaczona jestem podwójnie... mój pies oskarżony o zanieczyszczanie wody poważnie kaleczy sobie, w tej samej wodzie, łapę o syf który zostawił człowiek...eh...

wtorek, 24 lipca 2012

Napięcie przedwycieczkowe.

zaczynam się już powoli stresować podróżą do Annówki koło Wągrowca. czeka nas ok 600km do przebycia. nie wiem jak uda mi się sprawnie poruszać z psem, sporym bagażem- większą część tego bagażu i tak będą stanowiły rzeczy/jedzenie Hippisa- i moją kiepską orientacją dworcową...

wtorek, 17 lipca 2012

Agility!

ostatni weekend obfitował w nowe doznania dla mnie i dla psa. mi po raz pierwszy udało się zebrać na odwagę by jechać samochodem 60km do innego miasta gdzie trasę pamiętałam jak przez mgłę, a Hippis poznał słowo agility w szerszym znaczeniu niż tylko tunel, który kiedyś mieliśmy okazję przećwiczyć.
ekipa agilitowa zaskoczyła różnorodnością ras, swoich sił próbował york, cardigany, goldeny, szkockie collie, laby no i oczywiście bordery. Hippisowi trochę przypadkiem trochę nie, przypadło uczestniczenie w grupie podstawowej- z racji tego, że nigdy nie próbowaliśmy swoich sił i wszystko było nowe- jak i w grupie bardziej zaawansowanej ponieważ jak to border od razu pokochał ten sport i szybciej wszystko łapał niż ja:)



niestety mieliśmy również mały 'wypadek'. ktoś upuścił kawałek parówki do którego przyczepiła się osa odgryzając po kawałeczku, czego Hippis nie widział i sięgnął po parówkę... osa użądliła go od środka w fafle, które od razu napuchły. dobrze, że w ekipie była pani weterynarz posiadająca ze sobą na wszelki wypadek zastrzyki na taką okoliczność ponieważ dzień wcześniej również mieliśmy taki wypadek na placu z udziałem labka. na szczęście zaraz po zastrzyku opuchlizna zeszła, morda się uśmiechnęła i mogliśmy działać dalej:)

piątek, 13 lipca 2012

Stabilizacja?

od jakiegoś czasu obserwuję u mojego psiura większą stabilność psychiczną. nawet jak się czegoś przestraszy szybko wraca do siebie, zapoznaje się z tym czymś straszącym i jest ok. owszem, jest czujny i ostrożny, ale nie panikuje tak jak jeszcze jakiś czas temu.
niestety nie wszystkie problemy gładko dało się rozwiązać. nadal mamy problem z brakiem sympatii do obcych mężczyzn- to niestety nieco nabyty problem... bardzo ładnie wygląda w teorii sprawa 'odczulenia' na facetów- wystarczy nie nagradzać odejściem obszczekanego faceta, rozmawiać z owym panem jak gdyby nigdy nic, dać mu smaka w garść i czekać aż psiak przekona się, że nic się nie dzieje.
super. tylko że...
1.Hippis jest duży i jak zaczyna szczekać ludzie się go boją nie mając najmniejszej ochoty pomagać mi w naprawie tego zachowania i... odchodzą.
2. ludzie boją się go, więc tym bardziej się w niego wpatrują kontrolując co robi i prowokując większą zaciętość.
3. większość ludzi nie rozumie jak mówi się do nich, żeby nie patrzyli mu przez chwile w oczy, ignorowali, nie usiłowali na siłę poklepać po łbie...
4.ludzie nie znający mnie nie potrafią zrozumieć po jaką cholerę każę im nie patrzeć na psa i odstawiać inne szopki jak oni a) uważają, że lepiej byłoby go na siłę pogłaskać b) chcą po prostu jak najszybciej odejść.
5.część ludzi usiłuje uspokoić go słowami... DOBRY PIES!!! To super pomysł- nagradzać psa za to, że ma ochotę cię zjeść w całości:) a kontynuacją tych wszystkich zachowań jest w 80% nagradzające odejście od psa.
niestety nie mam wpływu na każde zachowanie owych obszczekanych facetów ponieważ zazwyczaj to co mówię jest głęboko olane.
efektem tych nieudolnych prób wyciągnięcia mojego psa z przeświadczenia o wrogich zamiarach wszystkich (oprócz długowłosego B.) facetów książkowymi schematami metod pozytywnych jest wiara mojego psa w to, że im bardziej jest zacięty tym większa szansa, że owy ludź sobie pójdzie- i tak jest. brawa dla inteligentnego Hippisa i głupiej mnie. i to jest lekcja dla mnie- niestety przy dużym psie metoda ta włączająca obcych ludzi do pomocy jest praktycznie bezużyteczna a wręcz pogarszająca sprawę. chyba, że ja mam po prostu pecha do napotkanych ludzi...

na chwilę obecną zastosujemy odmienną 'terapię' polegającą na tym, że przy każdym, choćby najdrobniejszym warknięcio-pomruku, szczeknięcio-burknięciu bądź nawet spojrzeniu świadczącym, że ma to zrobić obiekt, który powoduje takie emocje będzie się natychmiast oddalał bądź my będziemy się natychmiast oddalać od obiektu. według James'a O'Heare powinno udać się nam cofnąć do etapu kiedy straszył takimi drobnymi sygnałami i to wystarczyło. jak osiągnę samo warknięcie lub jedno szczeknięcie będę mega zadowolona i powrócę to metody namber łan z tym, że dobierając do treningu świadomych problemu panów-psiarzy którzy na koniec zaciekłej batalii nie poddadzą się nagradzając mi zadziora odejściem...
teraz tylko trzeba sprawdzić czy w każdej sytuacji odejście od 'obiektu potencjalnego zagrożenia' będzie realne w odpowiednim czasie... jeśli nie... boże daj mi ludzi, którzy nie wymiękną przy psychopatycznej minie Hippisa szczekającego na nich...

wtorek, 3 lipca 2012

upał morderca!

u was też tak żarzy?? jeszcze nie było by źle gdyby w domu dla odmiany było chłodno... ale na dworze w cieniu 35*C a w domu 29*C to lekkie przegięcie... współczuję sobie i psom.
w związku z tym spacery wchodzą w grę tylko popołudniową bądź wieczorno-nocną porą uwzględniając samochód jako transport do docelowych miejsc typu...WODA! w sobotę udało mi się wykorzystać dzień nie-umierania-przez-alergię i zgarnęłam K. i Lucky'ego na samochodową wycieczkę po okolicy. na wstępie zaliczyliśmy dworzec PKP w miasteczku obok w celach socjalizacyjnych. Hippcio po ostatniej podróży z psem, który pociągu się bał sam nabrał dystansu więc sobie odwiedzamy co kilka dni to miejsce.



następnym punktem wycieczki była WODA! po kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu minutach na rozpalonym peronie ochłoda była konieczna. jak zwykle ludzie obecni na plaży dziwnie nam się przyglądali...



Lucky zdecydował się nie być gorszy i wziął kolejną lekcję pływania.



pomijam fakt smrodku, który towarzyszył nam nad wodą, zdechłych ryb leżących to tu to tam i resztek jedzenia po plażowiczach... no cóż, nie można mieć wszystkiego. po wesołych pląsach w wodzie trzeba było przesuszyć futrzastych. idealnie nadawał się do tego kocyk i zacieniona trawka w parku.



gdyby nie to, że komary nie dały nam żyć, a w pałacu na terenie którego siedziałyśmy odbyć się miało lada moment wesele, pewnie siedziałybyśmy dłużej ale... wszystko co dobre kiedyś się kończy, więc czas odpalać renówkę i wracać do domu. jak dobrze, że mam prawo jazdy i poczciwą 'renię' na czterech kółkach:)